Podobno padło mi na mózg z tym blogiem. Co wpis to tylko: Dziubelunio to, Dziubelunio tamto... A co ma być? Przecież to blog o Dziubeluniu. Jeżeli nie interesuje cię Dziubelunio, a chcesz znać moją opinię na temat aktualnego kursu hrywny, sytuacji politycznej w Azerbejdżanie, tegorocznych laureatów nagród literackich i filmowych albo po prostu chcesz wiedzieć co mam dzisiaj na obiad, raczej nie masz tu po co zaglądać.
wtorek, 24 stycznia 2012

Wrą przygotowania do przedszkolnego balu karnawałowego. Z należnym sprawie uporem Dziubella zażądała skrzydełek, różdżki i sukienki najróżowszej, najbardziej falbaniastej, z największą możliwą liczbą kwiatków, kokardek i złotych wstążeczek. Poczucie dobrego smaku rodzicielki zostało całkowicie zignorowane.

- Powiedziałam, że się przeblam za wlóżkę – Dziubelunia zdaje relację z rozmowy z kolegami – a Iks przebla się za konika.

- A Igrek za co będzie przebrana?

- Iglek nie przyjdzie, bo będzie chola.

Słuszne spostrzeżenie, Igrek częściej chora niż zdrowa.

- A Zet powiedział – ciągnie Dziubella – że przebla się za kupę.

Ciekawe skąd rodzice Zeta wezmą przebranie?

Co za szczęście, że Dziubella chciała wróżkę.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Najbardziej wzruszający film wszechświata?

Oczywiście Wuthering Heights z 1992 roku, z Juliette Binoche i Ralphem Fiennesem, na podstawie jednego z najpotężniejszych literackich wyciskaczy łez.

Tak, tak właśnie bym powiedziała jeszcze kilka lat temu, i to bez mrugnięcia okiem.

A teraz? No właśnie...

Celem przywołania na swoją pobrużdżoną zmarszczkami twarz nie łez, lecz uśmiechu spośród starych odcinków Californication wygrzebuję odcinki jakimś cudem nieoglądane. Odcinek 11 pierwszej serii. Sadowię się wygodnie przed telewizorem w oczekiwaniu na seks, drugs, rock and roll oraz okazjonalne walenie się po mordach.

... Karen przygotowuje się do ślubu z Billem, Hank jak zwykle nie wie co robić, więc robi wszystko to, czego robić nie powinien, a Becca.... Buhuhu! Becca oświadcza Karen, że wyprowadza się do taty. Buhuhu! Wyprowadza się od mamusi. Chlip! I ta Karen tak jej te kanapeczki, chlip, szykuje na cały tydzień z wyprzedzeniem, bo przecież Hank kanapeczek nie zrobi... chlip-chlip. Koszulki pakuje... Buuuuhuhuuuu! A potem Karen zakrada się w nocy do Hanka, przykrywa śpiącą Beccę... Buhuhuuuuu! Swoją córeczkę. Buuuu! A jeszcze na dodatek Becca ma pierwszy okres i Karen przy niej nie ma. Buuuu. Chlip-chlip-chlip...

Kiedy jest się matką, nawet seks, drugs i rock and roll mogą się okazać wzruszające nie do wytrzymania.

Czas pogodzić się z faktem, że z docelowej grupy widzów/czytelników identyfikujących się z oną, która nie może spać po nocach, bo wciąż myśli o onym, z którym to została rozdzielona w wyniku knowań wrednej Juanity/Jessiki, która udaje ciążę (w wersji męskiej: on rozwala hordy zombie oraz urządza sobie rajd ulicami miasta – rozjeżdżając po drodze wszystkich przechodniów oraz stragany z pomidorami i stoiska z hamburgerami – spiesząc na ratunek onej) bezpowrotnie przeszłam do grupy widzów/czytelników, identyfikujących się z oną, która nie może spać po nocach, bo zastanawia się skąd wytrzasnąć nową nerkę dla jedynaka lub którą przyjaciółkę poprosić o zaopiekowanie się czeredą dzieciaków, po tym jak osieroci je umierając na raka trzustki (w wersji męskiej: on dokonuje krwawego i brutalnego mordu na domniemanych sprawcach zgonu ukochanej żony i dziatek).

Nie da się ukryć, jestem matką.

Proste, prawda?

To dlaczego Anna Karenina zostawiła Sieriożę z ojcem?

czwartek, 19 stycznia 2012

...wiek dopadł i Mamusię Dziubeluni.

I pomyśleć, że jako nastolatka w najczarniejszych snach nie wywróżyłabym sobie tak głębokiej starości. Plan był taki: genialna literatka lub ewentualnie po prostu jaśniejąca gwiazda szeroko pojętej alternatywy obdarowuje przyszłe pokolenia swoim cennym dorobkiem artystycznym, porzucając go nonszalancko na progu Klubu 27.

Nie stało się – widać mój geniusz nie dorósł do pięt oczekiwaniom.

A czas mija, piasek w klepsydrze przesypuje się niby niepostrzeżenie, a jednak nieubłaganie.

-         Co byś chciała na urodziny? Masz jakieś pomysły? – zapytał ukochany (zwany również Tatusiem Dziubeluni – dodam, żeby uniknąć nieporozumień)

-         Ha! Czy mam pomysły? No pewnie. Najbardziej, ale tak najbardziej-najbardziej to bym chciała... nową deszczownicę!

(Deszczownica zarosła kamieniem podczas naszych dwutygodniowych wakacji w sierpniu, a potem się rozkleiła od nadmiernego ciśnienia. Księciunio raczył deszczownicę odmontować, obiecać, że kupi nową i o sprawie całkowicie zapomnieć, przerzucając się na wyłączne korzystanie z wanny. I tak minęło niemal pół roku.)

Com chciała, tom dostała. Deszczownicę oczywiście.

(Nawet bez wstążki żadnej, po prostu przykręcona na miejsce i już.)

Nie ma to jak romantyczny prezent.

I tym nieromantycznym akcentem mogłabym zakończyć, gdyby nie...

...lotnisko, samolot, hotelik z zabytkową windą-klatką, słońce, mandarynki na drzewach, kocie łby, skutery, kawa, panini, pasta, vino, pizza a pezzi, głośne rozmowy, nieskrępowane spojrzenia, tłumy ludzi przy stolikach przed kawiarniami, outlety znanych projektantów (na zakupy w których mnie nie stać), zabytki sprzed lat stu, klikuset i dwóch tysięcy...

Tylko we dwoje.

A jednak znalazło się też miejsce na romantyzm. Nie tylko na deszczownicę i krzyż wieku chrystusowego.

Jest i pamiątka z podróży. Specjalnie dla Szatańskiej Wróżki oraz kolegi Numerologa (który w drodze zawiłych kombinacji z wieku chrystusowego wyliczył mi wiek szatański):

 

wtorek, 10 stycznia 2012

- Mamusiuuuu, a na czym mieszkają bóbly?

No właśnie, na czym? Kto wie?

 

czwartek, 05 stycznia 2012

To już się stało rytuałem. Wieczorem ja usypiam Dużą Dziewczynę (zwaną również Dziubellą lub Dziubelunią), a on przygotowuje jedzenie.

W spokoju, we dwójkę wcinamy późną kolację, niekiedy popijając przy tym Nerello Mascalese, a niemal zawsze śledząc losy naszych ulubionych serialowych bohaterów.

-         Może dzisiaj obejrzymy „Krew” w łóżku?

-         O! No pewnie! Ale... Ale miałeś śledzie dzisiaj zrobić (Tatuś Dziubeluni jest mistrzem w przyrządzaniu śledzi na milion rewolucyjnych i rewelacyjnych sposobów)

-         No tak, śledzie jakoś nie pasują do łóżka.

-         No nie, śledzie to zdecydowanie niełóżkowa przekąska.

-         To co? Śledzie czy łóżko?

-         Dzisiaj śledzie, jutro łóżko.

czwartek, 22 grudnia 2011

Nie jestem fanką przedświątecznych porządków...

Nie, nie tak powinnam zacząć. Zacznę inaczej.

-         Mamo, jakie macie plany na weekend? – jakoś na początku grudnia spytałam Babcię Dziubeluni, mając na myśli „Chcemy iść w niedzielę do kina. Czy możemy wam podrzucić młodą?”

-         Plany? No jak to jakie plany? – parsknęła z oburzeniem, co oczywiście nie zdziwiło mnie ani trochę, bo odkąd ją znam parska (ewentualnie warczy) z oburzeniem w odpowiedzi na każde zadane pytanie – No przecież sprzątać będę!

-         Cały weekend?

-         A co ty myślalaś? Zaraz święta.

-         Przecież jeszcze trzy tygodnie!!! Acha... No tak... – już sobie przypomniałam...

...Horror szorowania nigdy nie używanych kompletów srebrnych sztućców, mycia elementów zastawy stołowej o egzotycznych nazwach i równie egzotycznym zastosowaniu, których rola w praktyce zawsze ograniczała się do zajmowania miejsca w oszklonych gablotkach, katorga wydłubywania najdrobniejszych pyłków kurzu ze żłobień drewnianych listewek, ram, tralek i kasetonów, udręka łażenia w górę i w dół po schodach z niezliczonymi paprotkami i mycia ich pod prysznicem, tortura szorowania doniczek i podstawek, męki przy biblioteczce: katusze wycierania z kurzu i układania na nowo książek na nieskończonych półkach... Na to trzeba czasu.

No więc nie jestem fanką przedświątecznych porządków, ani wiosennych, ani żadnych. W ogóle mam problem z porządkiem i jego utrzymaniem (mimo nieposiadania kolekcji paprotek, zastawy stołowej w różyczki i bzdurnych bibelotów, a posiadania listewek przypodłogowych w kształcie najmniej wymagającym z możliwych, a także biblioteczki zamykanej kurzonieprzepuszczalnymi drzwiczkami).

Normalnie gruntownym porządkom mówię zdecydowane „Nie!”

Niemniej jednak niekiedy życie nawet mnie najmniejszego wyboru nie pozostawia.

Zdaję sobie z tego sprawę trzy dni przed gwiazdką, stając w drzwiach pokoju Dziubelli i po raz pierwszy od wielu miesięcy obrzucając go krytycznym spojrzeniem.

Hałda maskotek, rząd książeczek, stos puzzli, góra gier, sterta lalek, pudła klocków, kupa plastikowych owoców wymieszanych z pluszowymi warzywami, a do tego olbrzymia kuchenka, wózek dla lalek, drewniany rowerek, wózek sprzątaczki, komplet plastikowych garnków i talerzy, różowy odkurzacz i jeszcze bardziej różowa pralka, pies-olbrzym, żaba-gigant, cztery papierowe korony, różowy pióropusz, kręgle, piszczące króliczki, gadające pieski, śpiewające misie, sto pięć rodzajów plasteliny, ciastoliny i piankoliny, miliony połamanych kredek, posklejanych naklejek i pobazgranych malowanek...

Coś trzeba z tym zrobić.

Najpierw włączam sobie muzyczkę. Coś świątecznego...

Może to:

Eee... nie... Trochę dłużej zatrzymuję się na tym:

Ostatecznie kończy się na czymś, co wskazywałoby na to, że jestem dinozaurem, pozbawionym zdolności odczuwania światecznego nastroju:

Bojowe nastawienie? Jest!

Biorę dwa duże wory i tak uzbrojona przekraczam bramę Mordoru:

To do śmieci, tamto też i jeszcze owamto na makulaturę, to dla rocznego Kacperka, tamto pojedzie do babci, siamto do drugiej babci, to na taras, tamto do garażu...

Ufff...

Jest miejsce...

Na prezenty od Mikołaja.

Wesołych Świąt i rozsądnego Mikołaja!

 

środa, 14 grudnia 2011

Rodzinny obiad we trójkę. Spokój, sielanka i makaron z sosem.

Dziubelunia dziubie makaron, Mamusia i Tatuś rozmawiają. A kiedy Mamusia i Tatuś rozmawiają, dziecko nie może przecież tak po prostu siedzieć bez słowa.

-         Mamusiu – odzywa się Dziubella – Czy chcesz sobie poplawić cycki?

-         Eee... – przełykam makaron – Jak to poprawić?

-         Cycki poplawić – wyjaśnia młoda.

-         Ja miałabym poprawiać cycki? A dlaczego?

-         Bo mówiłaś. Jutlo mówiłaś.

-         Wczoraj mówiłam? Nie przypominam sobie. A co, coś mam z cyckami nie tak? Myślicie, że powinnam sobie poprawić?

-         Taaak! – pełnym przekonania tonem wyrokuje Dziubella.

 

(Oczywiście Tatuś zaczął zaraz opowiadać, że nie ma co poprawiać, i w ogóle, że w porządku są i fajne, ale wiadomo jak to jest... z pocieszaniem)

 

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Kawka, ciasteczko...

Opowiadam Szatańskiej Wróżce o gimnastyce, na którą chodzi Dziubelunia, a dokładnie o samym klubie (tak, tak, klubie, wyłącznie dla dzieci) i o rodzicach, którzy tam dzieci przyprowadzają.

No i wiesz, mówię, siedzę tam i przez wieeeelką szybę patrzę jak Dziubelunia robi podskoki, zeskoki i fikołki, a obok mnie siedzą te dwa okropne babsztyle (przy czym o ich okropności nie decyduje wcale powierzchowność, lecz specyficzne spojrzenie, taka zaskakująca niezdolność do skupienia wzroku na kimkolwiek z ludzi wokół, charakterystyczna dla niektórych osób  obdarzonych dużym mniemaniem o sobie). Niby też obserwują swoje dzieci, ale tak naprawdę to gadają:

-         ... A kto teraz u ciebie sprząta? – pyta okropny babsztyl numer 1.

-         Teraz przychodzi ta Krysia od Gosi – mówi okropny babsztyl numer 2 - No ale wiesz, w tygodniu to sama muszę w ciągu dnia posprzątać. I naczynia, i w ogóle...

-         No co ty? I jak ty sobie dajesz radę.... – dziwi się okropny babsztyl numer 1.

A ja? Ja to w ogóle nie wiem jak ja sobie daję radę. Razem z Szatańską Wróżką głośno zastanawiam się nad naszym dawaniem rady, ukradkiem obserwując swój złamany podczas porannego sprzątania paznokieć. Fajnie byłoby mieć taką własną panią Krysię, najlepiej na cały etat.

A wiesz co jeszcze, mówię, nawet nie musiałam wchodzić do środka, żeby poczuć się dziadowsko. Wystarczyło, że zaparkowałam moją n-letnią poturbowaną yariskę między lśniącą, muskularną czarną x-cośtamką a opasłym suvskiem w typie amerykańskim, a potem wysiadłam...

.... i obrzuciłam wzrokiem parking zastawiony samochodami, do których mój pasował .... em... nie pasował...

No po prostu może taki samochód to powinnam parkować na ulicy, a nie na parkingu pod klubem – żeby dziecku wstydu nie robić – wylewam przed Szatańską Wróżką swój żal do w oczywisty sposób nieuczciwego losu.

Eee tam, pociesza Szatańska, zawsze możesz powiedzieć, że ci się samochód zepsuł i musiałaś pożyczyć rzęcha od służącej.

poniedziałek, 05 grudnia 2011

Bladym świtem wpadam do przychodni. Stawiam przed recepcjonistką pojemniczek wypełniony żółtym płynem (no może nie taki wypełniony, raczej napełniony w stopniu ledwie akceptowalnym).

-         Dzień dobry, do badania.

-         Mhm, tak, mhmm... Imię i nazwisko?

-         Tak, no, dziecka, dlatego tak mało... No, Dziubelunia się nazywa oczywiście

-         No tak... Data urodzenia?

-         Eee.. Trzynastego... Nie, zaraz, zaraz... – recepcjonistka patrzy na mnie z nieskrywaną dezaprobatą.

(Na trzynastego miałam termin porodu, ale przecież się spóźniła...)

-         Czternastego – poprawiam się -  Eee, a może nie... – recepcjonistka wymienia porozumiewawcze spojrzenie z siedzącą obok pielęgniarą.

(No przecież, że nie. Czternastego rano wszystko się zaczęło i pojechaliśmy do szpitala, ale przecież trwało to cały dzień i kawał nocy. No więc nie mogła się urodzić czternastego. Urodziła się piętnastego. Bingo!)

-         Piętnastego – oświadczam – Z całą pewnością piętnastego.

-         Lepiej sprawdzę w karcie – recepcjonistka rzuca mi lodowate spojrzenie spod czarnej grzywki – Tak, piętnastego wrze...

-         No właśnie, piętnastego września! – cieszę się – No widzi pani, przynajmniej miesiąc pamiętam.

Recepcjonistka najwyraźniej niewzruszona tą subtelną próbą rozładowania atmosfery obrzuca mnie pełnym pogardy spojrzeniem, zgarnia pojemniczek i ostentacyjnie ignoruje moją osobę, natychmiast przyklejając nos do monitora komputera.

Jak widać wykazanie, że jest się matką wyrodną do trudnych nie należy.

A teraz wyobraźmy sobie w tej sytuacji tatusia, dowolnego tatusia dowolnego dziecka. Czy tatuś zaplątując się w dacie urodzin własnego dziecka naraziłby się na tak pokaźną porcję niewerbalnej nagany? Oczywiście, że nie. Przecież faceci nigdy nie pamiętają dat. To u nich naturalne. Weźmy dowolną amerykańska komedię romantyczną: o co w pierwszej kolejności pokłócą się w niej zakochani? Oczywiście o daty, a dokładnie o to, że On nie pamięta dat, do których to Ona przykłada wielką wagę. Niech to będzie data pierwszego spotkania, data zaręczyn, ślubu, urodzin ukochanego pieska chihuahua, cokolwiek. On nie pamięta. To normalne. Tego się właśnie po chłopach spodziewamy, prawda? Byłoby więc dziwne, gdyby ojciec nie miał problemów z przypomnieniem sobie daty urodzin własnego dziecka.

Ale kiedy takie problemy ma matka... Ooo, to już nie jest normalne!

I wcale nie tłumaczy takiej matki jej ogólna skłonność do zapominania o ważnych datach, rokroczne odkrywanie, że przecież rocznica ślubu była miesiąc temu lub wymyślanie pokrętnych tłumaczeń dla życzeń składanych przyjaciołom z tygodniowym opóźnieniem, a nawet zwyczajowe już kupowanie prezentu w drodze na czyjąś imprezę urodzinową (a to i tak wyłącznie dla szczęściarzy, którzy w ogóle jakikolwiek prezent dostaną)...

Nie, zdecydowanie nic takiej matki nie tłumaczy.

Datę urodzin własnego dziecka pamiętać trzeba.

Ze względów czysto praktycznych.

No i poza tym...

Jestem w stanie przeżyć (ba, nawet nie zauważyć), kiedy jedna, czy druga przyjaciółka obrazi się na mnie za niezłożenie życzeń w dniu urodzin, ale – myśląc o dalszej przyszłości – z Dziubellą byłoby już gorzej. Niby takie „zapomnienie”, życzeń niezłożenie, prezentu niezakupienie wydaje się nierealne, ale jednak, znając mnie...

niedziela, 20 listopada 2011

 

-         Buldel-buldel-buldel! – pokrzykuje Dziubella tańcząc w wannie – Buldel-ale buldel! Buldel-buldel-buldel!

Gdzie ona to słyszała? W przedszkolu? Kto tam chodzi?

-         Buldel-buldel-buldel! Buldel-buldel!

-         No co ty? A kto tak mówi? – pytam.

-         Ja tak mówię. Buldel-buldel! Buldel-ale buldel! Buldel-buldel-buldel!

No nie! Od kogo ona się uczy takich słów? Co za ludzie?

-         Ale buldel-buldel!

-         Od kogo się tego słowa nauczyłaś?

-         Od ciebie. Buldel-buldel! Buldel-buldel-buldel-buldel!

No i wszystko jasne.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33
Internetowe liczniki stat4u