czwartek, 05 kwietnia 2012
Potwór, jak na potwora przystało, hoduje pazury. Co tam pazury... Szpony. Długaśne, ostre szpony na dłoniach, cienkie zawijające się szponiasy na stopach. Niby dopiero co obcięte, a już znowu długie na kilometr. Obcinam. Potwór wije się i krzyczy już na samą wzmiankę. Obłaskawiam włączając bajkę, zatykając buzię cukierasem, obiecując nagrody oraz od czasu do czasu sącząc uspokajające słówka do uszka.... .... żeby już wkrótce, po dniach kilku zaledwie, ba, nim zdążę okiem mrugnąć niespodziewanie odkryć... Szpony! Aaaaa! Znowu! - Wiesz co, Dziubella – mówię – pazury wyrosły gigantyczne, bez dwóch zdań. Obcinamy. Jak brzmi odpowiedź? - Nieeeeee! Jutlo. Plosze, jutlo. A co się dzieje jutro? - Nieeeeee! Jutlo. Plosze, jutlo. A co się stało dzisiaj? - Chodź, Dziubella, nie ma co, trzeba obciąć, najwyższy czas... A co one takie krótkie? - Pani mi obcięła. - Jaka pani? - W przedszkolu.
środa, 28 marca 2012
- Jesteś moim najukochańszym potworkiem – wyznaję Dziubelli pod wpływem nagłej fali czułości, buchającej na mnie niby opar ze sterty prania, którą próbuję sortować na wyścigi z córką, zanim jej pomysły („Aaaale góla, będę się na nią spinać!” albo „No i telaz to będzie mój oglódek, majtki to będą kwiatki…”) wielką brudową katastrofę przeobrażą w brudowy kataklizm na skalę światową. - A ty jesteś potwolnica! Mamusia-potwolnica! Mamusia-potwolnica! Co za życie! Już nawet nie można własnego dziecka bezkarnie nazwać potworem, bo się błyskotliwie odszczeknie.
środa, 21 marca 2012
Wieczorem: Po wyjątkowo nieudanym dniu w przedszkolu, Dziubella musi zmierzyć się jeszcze z wyrzutami ze strony upierdliwej rodzicielki: - Jak to się stało, że zrobiłaś kupę w majtki? Nie powiedziałaś pani, że chcesz? - No... Po plostu mój tyłek mnie nie słuchał – ze stoickim spokojem odpowiada młoda – A Iks też zlobiła kupę w majtki. I Iglek też. - To chyba pani w przedszkolu miała nie najlepszy dzień. - No, chyba tak – po chwili zastanowienia zgadza się ze mną Dziubella. Rano: - Pamiętaj, że jak będziesz chciała kupę, masz iść do łazienki albo powiedzieć pani. - Spoko, nie muszę mówić, przecież lobiłam w domu.
poniedziałek, 19 marca 2012
Była taka maleńka. Jak mróweczka. Mówiliśmy o niej mrówelek. I miała taką malusieńką twarzyczkę. Z wielką bezzębną paszczą, kiedy opętańczo wrzeszczała. Z maciupkim dzióbkiem, kiedy słodko spała. Mówiliśmy o niej dziubelek. Mrówelek-dziubelek. Mikroskopijne, bezbronne, nieświadome, niezrozumiałe, nieludzkie, niedookreślone coś. Zupełnie inne od tej pełnej energii, uśmiechniętej i skupionej, trochę nieśmiałej, ale rozgadanej, upartej i ambitnej jasnowłosej dziewczynki, która uwielbia kucyki i dinozaury, tańczenie i przytulanie oraz jazdę na odpychająco różowej hulajnodze. Zupełnie inne. Nic dziwnego, że mi blog z Dziubeluniem w tytule umiera śmiercią naturalną.
środa, 29 lutego 2012
- Mamusiu, pobawimy się w Czerwonego Kapturka? Ja będę Kapturkiem, a ty będziesz Babcią. - Dobra. A kto będzie wilkiem? - Tatuś. - Ale tatusia nie ma. - To poczekamy. - No dobra, to może w tym czasie pobawimy się, że ja jestem biednym Kopciuszkiem, któremu zła macocha kazała powkładać naczynia do zmywarki, a ty będziesz dobrą wróżką, która mi pomoże… - Nie, nie. Ja nie mogę. - Dlaczego? - Bo ja teraz nie jestem wróżką, tylko księżniczką.
wtorek, 28 lutego 2012
Chociaż wiatr wieje w oczy, a pod nogi wciąż lecą kłody, w ramach inwestycji w rozwój osobisty wymykam się wieczorem na naukę Języka. Cominciamo il secondo semestre, ważna sprawa. Oczywiście się spóźniam. Rozwiany włos, brak tchu, czosnkowy chuch (nie trzeba było tzaziki robić do obiadu), szalik zamiatający podłogę, w jednej ręce torba, w drugiej zeszyt, a w trzeciej kluczyki do samochodu zaparkowanego na drugim końcu ulicy (czyli tam, gdzie niepoprawna drogowa pierdoła znajdzie na tyle dużo wolnego miejsca do parkowania, żeby niczego przy okazji nie rozwalić i nikogo nie rozjechać) – Oto ja. Przybyłam. O nie, nie obawiajcie się. Tym razem nie będę grzebać przez pół godziny w torbie w poszukiwaniu długopisu. Mam go na wierzchu... gdzieś na wierzchu... no przecież miałam w kieszeni przed chwilą, cholera. Kontynuujcie, nie przeszkadzajcie sobie. No co? Nie, nie patrzcie tak na mnie, dzisiaj nie będzie telefonów, już wyciszam komórkę... Puoi ripetere? Ah si, il tempo passato. Certo, tutto chiaro. Wibruje w torbie. Oczywiście nie tempo passato, tylko telefon. SMS. Zerknąć, czy nie zerknąć? E, pewnie nic ważnego... A może jednak ważne? Nie patrzę, bo będę musiała wychodzić, dzwonić...A jeżeli to Tatuś Dziubelli? Nie, bo znowu mnie pozabijają wzrokiem, jak zacznę rżeć ze śmiechu, tak jak ostatnio. A jeżeli to SMS w rodzaju: „Znowu skakaliśmy ze stołu i niestety tym razem...” Zerkam. Buhahaha! Hahahaha! No naprawdę nie mogłam się powstrzymać. Scusa. No naprawdę przepraszam. Nie dałam rady. Ale już nie będę. Ani jednego esemesika z domu nie przeczytam na lekcji Języka.
SMS: - Tatusiu, masz! - A co to? - Glut. - A po co mi on? - Trzeba wyrzucić do kosza! - To wytrzyj w chusteczkę i wyrzuć. - ... A mogę włożyć z powrotem do nosa?
środa, 15 lutego 2012
To był ciężki dzień. Kochanie, pozwól mi się przytulić do twojej klaty, pozwól scałować zmęczenie, zlizać pot... - Fuck! Kolczyk w sutku?! Kiedy, do jasnej cholery, przekłułeś sobie cycek? Drugi też? O, kur... Czarne trajbale na klacie! Kochanie, kto ci to zrobił? - A co? Myślisz, że nie ma nikogo poza tobą, kto mógłby mi to zrobić? Mój mózg na najwyższym przyspieszeniu przewija film z całymi rzeszami byłych dziewczyn. Która suka? – brzmi pytanie numer jeden. Podnoszę oczy, żeby spojrzeć mu w twarz. WTF? Długie włosy? Jakim cudem odrosły mu tak błyskawicznie? Przecież przed chwilą ich nie miał? Właściwie to nie miał ich już od kilku długich lat... Co tu się dzieje? Co my robimy na stacji kolejowej w małym podwarszawskim miasteczku na literę Z? I dlaczego, do cholery, spakował się do reklamówki, jak jakiś łazik? Nie mógł wziąć walizki? I wreszcie, ostatnie pytanie: Dlaczego w tym śnie nie ma Dziubelli?
poniedziałek, 13 lutego 2012
Rozwój dziecka. Zdążyłam się już o tym trochę nauczyć. I chociaż ani ze mnie stara matka wyjadaczka (Dziubella lat ma zaledwie trzy z kawałkiem), ani matka-wielodzieciatka (Dziubella jest tylko/aż jedna!), o dzieciach i z nimi postępowaniu jedno mi wiadomo na pewno: Nigdy nic nie wiadomo. (Wiem, wiem, to nie ja pierwsza wiem, że nie wiem) I dlatego nawet najuważniejsze przestudiowanie tabelek i artykułów traktujących o przepoczwarzeniu postaci młodocianej w postać dojrzałą, nie uprzedziłoby mnie, że po licznych skokach rozwojowych, buncie dwulatki i kryzysie trzylatki zamiast wytęsknionego okresu sielskiego oczekiwania na burzę hormonów nastolatki nastąpi... etap Kim Basinger
No właśnie. Chodzi o wrzask. A żeby megawrzask z mikrogardziołka się wydobył nie trzeba wiele. Wystarczy wyłączyć bajkę w TV (lub nie włączyć bajki), zaproponować rajstopki w kolorze nieróżowym albo podać zupę w misce z myszką zamiast w misce z owieczką. Wystarczy, że nowopoznana mała przyjaciółka namolnie usiłuje się przytulić, przedszkolny kolega zabierze samochodzik albo dziadek nieproszony weźmie na ręce. Niekiedy wrzask atakuje znienacka, choć trzeba przyznać, że wyłącznie pod wpływem głębokiego niewyspania swojej nosicielki. Innym razem wzbiera w nosicielce powoli, dając uważnemu obserwatorowi czas na zatkanie uszu: - Proszę, bluzeczka. - Ja sama. - Pomogę ci. - Nie, ja sama. - O tutaj, zobacz... - Ja sama. - O, na głowę ci założę. - Ja samaaaaaaaaaaaaaaa! Aaaaaaaa! (w tym momencie odnotowujemy rekord świata w rzucie bluzeczką ) Albo: - Chcesz tortu? - Nie. - Może jednak kawałeczek tortu. - Nie. Sce tamto ciasto! - Ale tort jest czekoladowy. - Nie. Nie sce toltu. - To nałożę ci troszeczkę. - Nie. - O, proszę. Taki maleńki kawałeczek. - Nieeeeeeeeeee! Nie ściałam toooltuuuuuuuuuuuuuu! Nieeeeeeeeee! (w tym momencie tylko błyskawiczne usunięcie talerzyka spoza zasięgu rączek uchroni twarz upierdliwej babci przed efektowną maseczką z kremu i ciasta) Wrzask. Z jednej strony szkoda i tortu, i babci, i babcinych dobrych chęci. A z drugiej... Szczerze – kto by taką natarczywość wytrzymał? Kto by w końcu nie wrzasnął? No właśnie, wrzask jest dla Dziubelli bronią, po którą sięga w ostateczności. A dla nas okazją do nauki elastyczności. Bo niemałej elastyczności wymaga nieustanna żonglerka pomiędzy samobiczowaniem a egzekwowaniem tego, co wydaje nam się słuszne. Cierpliwości. Jak wszystkie etapy rozwoju Dziubelli, pewnie i ten kiedyś dobiegnie końca. Chociaż... Kto wie...
piątek, 10 lutego 2012
czwartek, 09 lutego 2012
Służbowe zobowiązania Tatusia stają na przeszkodzie rozwojowi osobistemu Mamusi. Nie po raz pierwszy. - W poniedziałek mam kolację – oświadcza Tatuś. - A ja włoski – informuje Mamusia. - No tak, ale to jest kolacja po szkoleniu. - Ostatni włoski w tym semestrze. Zabierz Dziubellę ze sobą. - Za dużo ludzi będzie. - Ja nie zabiorę. Będzie przeszkadzać w lekcji. - Muszę iść. - Tydzień temu nie byłam na obydwu, bo pojechałeś do Amsterdamu. - To może zaprowadzimy ją do... - Żartujesz, odbiorę dziecko z przedszkola i od razu zaprowadzę do obcych bab? - To może babcia? - No, nie wiem. Trochę nie chce mi się z nią obtykać w poniedziałkowy wieczór. - Ale to chyba jedyne wyjście. Porozmawiać z nią? - Eeem... - Pomyśl. Oferuję babcię na swoje zastępstwo. - A ma trzydniowy zarost?
|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi mam
I nie tylko
Napisz do Mamusi Dziubelunia
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||